Na forach amigowych często pokutuje opinia że dzisiejsze Amigi to bezproduktywne zabawki, na których nic nie można zrobić poza przysłowiowym „przestawianiem ikon”. „Amigowcy” którzy to mówią to zazwyczaj wieloletni użytkownicy pecetów, uważający że do napisania „kwita na węgiel” potrzeba przynajmniej MSWorda, a do zredukowania efektu czerwonych oczu niezbędny jest Photoshop, najlepiej odpalony na czterordzeniowym procesorze I7.
Znajomość owej grupy na temat tego co działo się z Amigą w ostatnich kilkunastu latach jest znikoma, a już takie rzeczy jak czwarta wersja systemu operacyjnego, znana jest im jedynie z obrazków. Nie przeszkadza im to jednak odgrywać roli „ekspertów”, nieznoszących sprzeciwu dla swoich czysto teoretycznych tez. Niniejszy tekst jest odpowiedzią na zarzuty że na Amidze się nie da. Ja uważam że jak najbardziej się da, co udowadniam w praktyce tworząc chociażby cykl „Alfabet Amigi„. Projekt do którego przygotowania w 100% używam tylko jednego komputera, oczywiście maszyną tą jest moja Amiga.
Pomysł na stworzenie cyklu zrodził się w mojej głowie już ponad dwa lata temu. Zakładałem że będzie oparty w całości na filmach i mniej statyczny od tego co zaprezentowałem w pierwszych pięciu odcinkach. Wiedziałem jednak że nie dam rady pociągnąć tego sam, niestety ówcześni koledzy z eXeca nie byli zainteresowani wsparciem, więc listę z zapisanymi tytułami odcinków schowałem do szuflady. W ubiegłym roku postanowiłem jednak ją z tej szuflady wyciągnąć, gdyż czarna dziura jaką był brak amigowego wideo-bloga, cały czas wymagała zapełnienia.
Lubię proste narzędzia więc do pisania scenariuszy zawsze używam systemowego NotePada. Używam go zresztą nawet w przypadku pisania artykułów które trafiają na stronę. Tam jednak na koniec wrzucam gotowy tekst do jakiegoś procesora tekstu, chociażby po to by dokonać korekty i zobaczyć jak całość wygląda. W przypadku scenariuszy nie muszę tego robić więc nie muszę używać żadnych innych narzędzi. Gotowy tekst dzielę na krótkie fragmenty zawierające trzy do pięciu zdań. Im krótszy fragment czytany przez lektora, tym łatwiej zsynchronizować go z tym co dzieje się na ekranie.
Nagrań dokonuję przy pomocy kolejnej pchełki AHIRecord. Program ma wszystko to co mi potrzeba, czyli minimalistyczny interfejs bez niepotrzebnych wodotrysków. Kilka podstawowych ustawień dotyczących samplowania dźwięku odbieranego z mikrofonu w zupełności wystarcza. AHIRecord potrafi tworzyć pliki AIFF, Flac oraz Wave. Teoretycznie każdy z nich nadaje się do zastosowania w programie Hollywood, w praktyce moje wieloletnie doświadczenie wskazuje że najlepiej sprawdza się ten ostatni format.
Jeśli z z którymś z nagrań jest coś nie tak, w celu dokonania korekty uruchamiam kolejny niewielki utilek AmiSoundED. Jego zadaniem jest usunięcie niepotrzebnych przerw między słowami, tudzież całego zdania, co do którego po ostatecznym odsłuchaniu nagrania nabrałem przekonania że nie pasuje do przekazu. Program świetnie nadaje się do takich zastosowań, więc nie widzę konieczności korzystania z kombajnów.
Gdy już ostatecznie przygotuję sample, przechodzę do głównego narzędzia w którym tworzę prezentację, czyli programu Hollywood Designer. Pierwszą rzeczą którą robię to wczytanie przygotowanego wcześniej szablonu, stanowiącego czołówkę oraz zakończenie wspólną dla wszystkich odcinków cyklu. Następnie tworzę nową stronę, czy jeśli ktoś woli nomenklaturę PowerPointa slajd, do której przypisuję odtwarzanie sampla z nagranym wcześniej fragmentem tekstu. Tworzę też akcję „wait sound”, której zadaniem jest wstrzymanie się z przejściem do następnej strony, do póki nie wybrzmi ostatnia sekunda nagrania z głosem lektora. Następnie przechodzę do najbardziej żmudnej i czasochłonnej części prac – szukania materiałów graficznych.
Ustaliłem sobie, być może nie najbardziej profesjonalny system pracy, polegający na tym że nie przygotowuję sobie grafiki wcześniej, tylko szukam jej na żywo rozglądając się za konkretnym obrazkiem, który pasowałby do kwestii jaką aktualnie przerabiam w Hollywoodzie. Ten sposób pracy mocno spowalnia skład całości, lecz mimo wszystko est dla mnie osobiście najwygodniejszy. Oczywiście amigowe narzędzia których używam do szukania, to w tym wypadku przeglądarki internetowe OWB, bądź Timberwolf.
Mówi się że na internecie można znaleźć wszystko, to jednak teoria która często nie ma nic wspólnego z praktyką. Jeśli poszukuje się starszych materiałów sprzed ery internetu (które zamieszczam praktycznie w każdym odcinku) naprawdę nia ma łatwo. Spróbujcie np. znaleźć grafikę z Amigą 3000 wraz z monitorem w rozdzielczości przynajmniej 800×600, która nie byłaby słabym skanem ze starej gazety, tylko dobrej jakości zdjęciem, najlepiej na białym tle a nie na zagraconym biurku. Ja znalazłem zaledwie jedną taką grafikę na sieci. Są jednak rzeczy których znaleźć w dobrej jakości nie sposób (np. pudełko od Deluxe Paint I). Jeśli internet zawiedzie, posiłkuję się amigowymi składankami CD, takimi jak CDPL, Aga Experience, MACD, czy coverami dołączonymi do amigowej prasy. Czasami można tam wyłowić naprawdę unikatowe rzeczy, jednakże żonglowanie płytami i przeczesywanie ich zawartości, jest jeszcze bardziej żmudne i zniechęcające niż przeszukiwanie netu.
Większość obrazków wrzucam do prezentacji w stanie surowym. Hollywood ma przyzwoite możliwości skalowania, więc ewentualny problem niedopasowanego rozmiaru grafiki do reszty odpada. Czasami jednak dane zdjęcie jest naprawdę duże, tudzież wymaga wykadrowania. Wówczas wspomagam się kolejnym drobnym utilkiem, który nie jest nawet programem graficznym a przeglądarką obrazków. WarpView bo o nim mowa może się pochwalić tym że jako jedyny na Amidze obok Gimpa dysponuje najbardziej zaawansowaną metodą skalowania lanczos. Do prostej obróbki typu regulacja wymiarów czy kadrowanie jest to więc narzędzie idealne.
Gimp to jedyny duży kombajn (obok samego Hollywooda), którego czasem zaprzęgam do pracy nad prezentacją, czynię to jednak znacznie rzadziej niż ma to miejsce w wypadku WarpViewa. Zazwyczaj uruchamiam go po to by dodać kanał alpha, w sporadycznych wypadkach do łączenia dwóch grafik w jedną, tudzież zmiany perspektywy. Czasami by dodać cień, chociaż częściej czynię to w samym Hollywoodzie gdzie cień robi łatwiej i wygodniej, jednak w sytuacjach wyjątkowych pamiętam profesjonalny program graficzny daje tutaj większe pole manewru.
Jak już wspominałem wcześniej pierwsze moje założenia były takie aby „Alfabet Amigi” był tworem jak najbardziej dynamicznym. Ostatecznie z konieczności musiałem opierać materiał głównie na nieruchomych grafikach, niemniej w każdym odcinku jest zawarta przynajmniej jedna, a najczęściej więcej niż jedna animacja. Gdyby efektem końcowym każdego odcinka był plik wykonywalny z prezentacją, miałbym komfort używania obiektów traktowanych przez Hollywood jako wideo, czyli wszystkich Divx’ów, Xvid’ów itp. Niestety skoro materiałem wyjściowym jest nie prezentacja w formie pliku, a filmu, muszę odpuścić wszystkie popularne formaty, gdyż podczas kodowania nastąpiłby konflikt kodeków. Hollywood koduje filmy w Avi Mjpeg i ten właśnie format jako jedyny z tych „dzisiejszych” jest traktowany jako animacja a nie wideo, dwa pozostałe formaty należące do obiektów animacja (czyli takich które nie gryzą się podczas kodowania filmu) do Anim i AnimGif. Oczywistym rozwiązaniem wydaje się więc być Mjpeg i tak w istocie jest. Niestety z około 20% wrzuconych animacji, z przyczyn, których do końca nie rozgryzłem Hollywood potrafi podczas kodowania filmu odrzucić nawet Avi Mjpeg. W takim wypadku wypada się ratować starym poczciwym amigowym Anim, charakteryzującym się 100% współpracą z Hollywood, ale też i beznadziejną jak na dzisiejsze czasy kompresją.
Jakiegokolwiek z tych formatów bym nie używał, najczęściej znaleziona animacja którą chcę wrzucić i tak zadokowana jest w czymś innym. Tutaj wchodzi do gry kolejne narzędzie, czyli FFMPEG. Na Amidze jest też dostępny Mencoder, ale FFMPEG jest zdecydowanie bardziej świeży, poza tym posiada wygodne zewnętrzne GUI ułatwiające pracę. W przypadku konwersji do AVI Mjpeg, sytuacja jest prosta, wystarczy wybrać odpowiedni kodek i opcję kodowania bez dźwięku po czym nacisnąć start. Jeśli jednak formatem docelowym ma być Anim, sprawa się komplikuje, gdyż FFMPEG nie obsługuje tego staruszka.
Zrzucam więc animację źródłową do sekwensji plików png, bądź jpeg, po czym uruchamiam kolejny program. Wildfire to w zasadzie jedyna deska ratunku dla osób chcących kodować do Anim pod AmigaOS 4. Inne programy dla 68k, nawet te bezbłędnie działające pod nowym systemem w przypadku obrazów statycznych, takie jak np. ImageFX, niestety kompletnie zawodzą w czasie prób składania animacji. Sam Wildfire który został stworzony pod kątem formatu YAFA… akurat paradoksalnie nie radzi sobie z nim na nowych Amigach. Za to z pozostałymi formatami które wspiera, czyli Mpeg, Animgif i Anim nie ma problemów. Tak więc przygotowaną wcześniej serię plików graficznych, przerabiam na gotową animkę, którą mogę już zamieścić w prezentacji.
Po złożeniu wszystkich klocków w całość, nadaniu odpowiednich czasów i efektów przejść przychodzi pora na kodowanie filmu. Parametry domyślnego filmu wyjściowego jakie proponuje Hollywood Designer, to 640×480 50fps. Z poziomu Deisgnera, możemy jedynie regulować liczbę klatek na sekundę. Jednak wpisując ręcznie komendy dla kompilatora Hollywood istnieje możliwość zmiany rozdzielczości bitrate itp. Osobiście nigdy jednak nie manipuluję przy tych ustawieniach, gdyż te domyślne oferują naprawdę dobrą jakość obrazu.
Jakość okupiona jest to niestety rozmiarem pliku, dlatego jako miejsce docelowe wybieram partycję XjFS. W zależności od długości waga pierwszych odcinków wahała się między 900MB a 2.5GB. Przyjąłem zasadę że jeśli film ma poniżej 1GB wrzucam go tak jak stworzyłem na YouTube, ten serwis sam sobie poradzi z odpowiednim przetwarzaniem. Jeśli jednak plik jest zbyt duży, upload na moim łączu przeciągnąłby się w długie godziny. Chcąc tego uniknąć ponownie uruchamiam FFMPEG i konwertuję całość do Mpeg4, metodą prób błędów starając się dobrać odpowiedni bitrate stanowiący kompromis pomiędzy jakością materiału a jego ostateczną wielkością.
Tak właśnie powstaje „Alfabet Amigi„, który poza rolą informacyjną, jest też jednym z przykładów że na naszym komputerze można nie tylko „przestawiać ikony” ale też tworzyć całkiem interesujące rzeczy. Wcale nie trzeba też do tego kombajnów od Adobe czy MS, czasami najlepiej sprawdzają się proste niewielkie narzędzia.
Widzę, że jesteś wyznawcą filozofii, która mi się zawsze podobała. Chodzi mi o to, że starasz się wszystko robić pod AmigaOS. Nie traktujesz Amigi jak niedzielnej zabawki, którą się uruchamia gdy nie ma ciekawej gry, pada deszcz i człowieka najdzie nostalgiczny nastrój.
Starasz się robić na niej rzeczy do których 95% ludzi pewnie użyłaby innej (bardziej popularnej) platformy. Mnie to też zawsze kręciło. Jak wiele lat temu pisałem pracę dyplomową to wbrew wszystkiemu uparłem się żeby używać tylko Amigi. I tak zrobiłem. Całość składałem na PageStream4, wszystkie rysunki (nawet takie wielkie TECHNICZNE sklejane z wielu kartek) robiłem w DrawStudio, grafikę bitmapową (skany) dziubałem głównie w ImageFX i ArtEffect, do wzorów matematycznych używałem EqEd. No i drukowałem wszystko przez TurboPrinta na jakimś Epsonie 460. Wszystko wyszło idealnie. Wtedy nie było wymogu dostarczania cyfrowej wersji w formacie Worda. Ale jednak musiałem dostarczyć pliki źródłowe jednemu gościowi. Mówiłem mu, że tego nie otworzy ale on się uparł mówiąc, że „w pracy ma takich informatyków, którzy wszystko odczytają”. No to wrzuciłem mu dokumenty PageStreama i DrawStudio na pecetową dyskietkę. 2 tygodnie później powiedział, że oni nie potrafią tego odczytać. 
Pomimo tego, że minęło wiele lat, jestem po przeciwnej stronie amigowej barykady (MorphOS) to ciągle kręci mnie gdy coś zrobię właśnie na MorphOS. Pewnie dlatego nawet to co ma działać na iOS/OSX/Windows piszę, kompiluję i uruchamiam na Scribble pod MorphOS. Ograniczam się, rezygnuję z niektórych elementów, dopasowuję się, sam coś czasem dopisuję żeby robić to na Pegasosie i nie przestać wspierać MorphOSa. I mam z tego dużą radość. To taka trochę głupia radość fanboja.
Ale moim zdaniem to jest bardzo pozytywne i nie widzę powodu żeby z tego rezygnować skoro mi to sprawia przyjemność.
Tak własnie jest. Nawet jeśli wiem że coś tam zrobię wolniej, być może w sposób mniej wygodny, ale za to na AmigaOS to zawsze wybieram AmigaOS. Satysfakcja zupełnie inna. Parafrazując slogan pewnej reklamy, kupić Amigę – 5000zł, kupić AmigaOS 450zł, ale zrobić coś na Amidze, zamiast na Windows – bezcenne!
Oczywiście zgadzam się też że problem może wystąpić na lini dokumentów. Pamiętam jeszcze dobrze jak jedna nauczycielka zleciła mi ongiś przepisywanie prac i konspektów. Oczywiście ona miała Worda, a ja wówczas tylko Amiga Writtera i A1200. Siłą rzeczy waliłem więc dokumenty w uniwersalnym RTF, co z tego wyszło, ech…. wpółpraca nie trwała długo;) Dzisiaj jednak, kiedy jest AbiWord, kiedy zawsze można skorzystać chociażby z Google Docs i ten problem już nie wydaje się taki duży.
Jestem jednym z tych, którzy ostatnie lata spędzili na PC. Jednak w przeciwieństwie do takich osób nie krytykuje Amigi. Nie zachłysnąłem się tymi wszystkimi nowymi fajerwerkami i mocą obliczeniową, bo praca na PC jest taka sama jak ten sprzęt (mocny ale bezduszny) Nie da się lubić ani PC ani pracy na nim (no na Linuxie nie jest źle, ale na Windows to dziś tragedia, zanim pobierzesz potrzebny ci program, musisz przebrnąć przez download menagery, stosy reklam, wyskakujące z boku strony, ewentualne wirusy… to wszystko zniechęci cię do pracy zanim ją zaczniesz;)
Ciesze się, że są jeszcze takie osoby jak Wy, którym nie brak pasji do Amigi. Smuci mnie za to fakt, że to wszystko prawdopodobnie skończy jak filatelistyka. Mam znajomego w podeszłym wieku, z którym kiedyś pracowałem, a który zbiera znaczki całe życie i też jeździ na te wszystkie zloty i wystawy filatelistów. Zwykł zawsze mawiać, że stare pokolenie odchodzi, a młodych brak… i tej pasji nie ma komu przekazać.
Widzę, że pojawił się mój avek, więc jeszcze małe sprostowanie. Nie wstawiłem go tu specjalnie, żeby kogoś drażnić. To mój avek, który mam na wordpress (też prowadzę bloga) a że Mufa też z usług wordpress korzysta, to pojawił się on tutaj z automatu, po podaniu mojego maila.
…wolę prostować różne rzeczy, bo ludzie mają zwyczaj pisać zanim pomyślą i potem możesz zostać zbesztany przez niejednego, choć nic złego nikomu nie zrobiłeś;)
Spoko spoko, nikt tutaj chyba nie jest aż taki nadwrażliwy:) Poza tym Pingwin nie jest taki zły. Oczywiście AmigaOS to jest mój podstawowy i ulubiony system, ale przyznam się bez bicia że w ostatnią niedzielę walczyłem z instalacją Ubuntu (który to jednak mnie nie przekonał więc wróciłem do Minta).
Zresztą z moich obserwacji wynika że AmigaOne X1000 chyba trochę niechcący stała się ostatnim Mohikaninem wśród maszyn PPC w świecie pingwina. Znaczy się o ile czytam wypowiedzi userów maków czy Pegasosów, że najnowszy Debian to porażka, że działa im co raz gorzej, mało stabiolnie itp. to ja mam dokładnie odmienne uczucia. Debian 7.01 (będący podstawą Minta) który instalowałem w niedzielę, w porównaniu do tego sprzed 1.5 roku to ewiedentny krok naprzód i lepsza obsługa sprzętu.
Jesli więc jest system który daje dla mojego komputera wsparcie 3D dla Radeona HD (nad czym cały czas dopiero pracuje się w AmigaOS), jeśli obsługuje 2 rdzenie procesora i 4GB Ramu (nad czym cały czas dopiero pracuje się w AmigaOS), to czemu miałbym go zwalczać, czy co gorsza tropić avatary jego fanów
Ciesze się, że tak do tego podchodzisz, zresztą czytałem kilka twoich komentarzy na PPA i wiem, że masz bardzo tolerancyjne podejście do tematu, w kwestii tych wszystkich wojenek (najbardziej nie rozumiem tej Niebiescy VS Czerwoni – no ale wypadłem ze społeczności dawno temu więc się nie wtrącam) jednak czytając komenty innych, nie jest to regułą;) Dlatego wolałem na wszelki wypadek wyjaśnić. Po za tym Amiga zawsze będzie dla mnie na pierwszym miejscu, jednak na współczesną mnie nie stać, a klasyczna jest dla mnie już zdecydowanie zbyt wolna, żeby korzystać z niej na co dzień. Ostatnio kupiłem maca mini na G4 co by obadać MorphOS i przyznać muszę, że to bardzo fajny system, jednak G4 to już leciwy procek i materiału w HD nie odtworzy (przynajmniej nie płynnie) są też problemy z flashem (a raczej jego brakiem), pakietu biurowego też brak, więc MorphOS, pomimo że bardzo mi się spodobał i bawię się nim codziennie, to jako główny system i tak nie będzie mi służył… dlatego korzystam z Linuxa… i w przeciwieństwie do Windowsa, lubię ten system, jednak jak wspomniałem, jeśli o sentyment idzie, zawsze będzie dla mnie za Amigą.
Co do Minta, nie jestem obcykany w dystrybucjach PPC, bo takowych nigdy nie używałem, ale rozumiem, że na X1000 jest Mint LMDE? Bo zwykły oparty jest na Ubuntu właśnie, a nie Debianie.
Jeśli nie możesz sprawić sobie nowej Amigi, to zapraszam na jakąś imprezę. 26 października będę w Gdańsku na RetroKompie. Poznasz, zobaczysz, ocenisz porównasz.
Każdy ma prawo do używania czego chce, natomiast jedno co mnie drażni to wrzucanie MOSa i AmigaOS 4 do jednego worka. Już nie raz spotkałem się z sytuacją że ktoś tam zawiódł się na MOSie, więc z automatu głosi że AMigaOS 4 też jest be. Takie oceny są nie fair.
Chociaż akurat tego Flasha to ja bym się nie czepiał, bo to generalnie pięta achillesowa PPC. Pod AmigaOS 4 jest co prawda Gnash, ale niewiele to zmienia, na linuksie PPC zresztą też jest Gnash, a nawet LightSpark, ale o komforcie obsługi Flasha takim jak X86 można zapomnieć.
Natomiast to co moim zdaniem odróżnia w sposób zasadniczy AmigaOS 4 od MOSa, obok bardziej amigowego feelingu i zdecydowanie większej ilości softu, to solidne fundamenty, które pozwalają używac kompa z tym systemem do podstawowych codziennych zadań, jako domyślnej maszyny. Mam tutaj na myśli że nie dochodzi tutaj do kuriozalnych sytuacji, jak to ma miejsce w świecie MOSa, że ktoś tam nagle po 15 latach skacze pod sufit, chwaląc się na forum że nareszcie na łączu 10MBit osiągnął prędkość pobierania 10MBit, czy też że udało mu się wydrukować PDFa. Takie rzeczy jak fakt że PDFy powinny dać się drukować, są oczywistą oczywistością na wszystkich platformach i pod AmigaOS 4 też było tak od zawsze. No ale to tak na marginesie, nie chcę zgłębiać tematu, bo na pewno jako fan jednej ze stron będę nieobiektywny.
Co do linuksa, to wbrew pozorom ja też nie jestem specem od dystrybucji na PPC (to znaczy nie jestem specem od dystrybucji na żadną platformę – linux to mój mooocno rezerwowy system), ale ten Mint którego ja używam to raczej na 100% jest na Debianie, gdyż do instalacji wymaga płytki z Debianem, a dopiero potem dociąga sobie „mintowskie dodatki” z netu.
Daleki jestem od drażnienia Ciebie, bo wnioskując z twoich wypowiedzi tutaj czy na PPA to równy z Ciebie gość. Dlatego jeśli coś z tego co napisałem podziałało na Ciebie pobudzająco to przepraszam;)
Co do AOS vs MOS – nie uczestniczę w tej wojence, ani nie uważam MOSa za lepszego, nie mogę bo nie mam porównania, AOS 4.1 nigdy nie macałem. Wybrałem MOSa z kwestii finansowych. 300zł Mac mini G4 + drugie tyle za rejestrację, za którą mogę ale nie muszę zapłacić. W przypadku AOS wydałbym 10x tyle na samą płytę główną + ze 2k na resztę bebechów + 500zł na AOS. Bieda mi w oczy nie zagląda, ale nadmiaru też nie mam, przelicznik 600zł > 5500zł jednak ma dla mnie jakieś tam znaczenie;))
Co nie zmienia faktu, że bardzo chciałbym kiedyś mieć też w domu sprzęt pod AOS. Jednak na razie to nie na moją kieszeń.
Tak przy okazji, czy jest jakakolwiek nadzieja na port AOS na Maci PPC?
Nadziei moim zdaniem nie ma żadnej. Gdyby chciano zrobić taki port na Maca PPC to powstałby on już jakieś 7 lat temu. Pierwszy brudny port AmigaOS 4 na Maca Mini o kryptonimie „Moana”, nawet przed laty powstał i wyciekł do netu. Jednak prace wstrzymano, gdyż pchanie się w przestarały nieprodukowany sprzęt to niewłaściwa droga. Gdyby postawiono na stare Maki zamiast na rozwój własnego hardware, zapewne AmigaOS 4.1. nie miałby dzisiaj sterowników dla Radeonów HD itp.
Jeszcze co do kosztów, to nie jest aż tak różowo w przypadku MOSa jak tutaj podajesz. Rejestracja o ile wiem nigdy nie kosztowała 300zł. Ostatnio jeden znany mosowiec wycenił swojego MacaMini z zarejestrowanym MOSem na 950zł. Tak więc trzeba liczyć około 1000zł za używany (innego nie ma) sprzęt mosowy z systemem. Jak wejdziesz chociażby do sklepu efunzine: http://www.efunzine.com/efnz.php?a=kat&id=208&sid=141e2ffbdee36154fcd6c524531ff0e7 to zobaczysz że używana SAM440 z systemem to koszt 1800zł (plus bebechy), a np. Pegasosa 2 G3600 (na którym też pójdzie AmigaOS 4.1) poniżej 1500zł. To są ceny sklepowe, na aukcjach można wyhaczyć ten sprzęt jeszcze taniej.
Oczywiście SAM440 czy Pegasos to sprzęty, powiedzmy sobie szczerze, przestarzałe nawet względem Maca Mini, ale do „pomacania” systemu wystarczające. Nie jest więc tak jak piszesz że przelicznik dla używanych sprzętów z obu stron (bo porównywanie cen sprzętu używanego z nowym byłoby nie fair) jest razy 10 na korzyść MOSa. Ten przelicznik jest na korzyść MOSa razy może 2.5, a i tak system spod znaku motyla ma kilkakrotnie mniej użytkowników niż najnowsza wersja AmigaOS.
Dzięki za info, bo sugerowałem się tym co znalazłem w Retroami, a tam był tylko SAM460EX za chyba 3700zł z AOS, a jak wygląda sprawa z awaryjnością tego sprzętu? Czy jak kupię tego używanego SAM440 to trochę to pochodzi?
Co do cen maców też masz rację, na ogół wiszą na Allegro w przedziale 500-700zł, więc doliczając do tego MOSa wychodzi 800-1000zł, ja te wyliczenia zrobiłem na swoim przykładzie. Udało mi się trafić miniacza za 300zł, (i to leżak… no magazynowy nie, raczej domowy;) MOSa jeszcze nie rejestrowałem, (na razie co 30 min. restart kompa;) więc cała zabawa kosztowała mnie do tej pory 3 stówki.
Osobiście nie miałem nigdy SAM440, ani też Pegasosa, ale wydaje mi się że SAMy są pewniejsze (nie słyszalem jeszcze o tym by ta płyta komuś padła). Sugeruję jednak abyś zarejestrował się na naszym forum, gdzie jest sporo posiadaczy SAManth i tam zadawał takie pytania. Tutaj już chyba zdecydowanie za bardzo odeszliśmy od tematyki związanej z artykułem.